Poniedziałek, 23 października 2017 r.

» Bez polityki
» Inna historia
» Religia
» Biblia na co dzień
» Oni są inni
» Nasze zdrowie
» Wokół domu
» Domowe ZOO
» On, Ona, Ono, Oni
» Magazyn
» Trochę kultury
» Oblicza sportu
» Warto zobaczyć





    Polecamy:

» Żelazkowcy
» Magiczna krew
» F1 Historia zmagań
» Koniec Świata
» Bóg i Ty
» Dawcy organów
» Fakty i spekulacje
» Zapłać abonament
» Bezpieczny seks
» Wiara w pytaniach

 
Trochę kultury
Trochę kultury

«
Syndrom CSI
Świąteczno - filmowe reminiscencje
Refleksje nad Nergalem
Urbańska - geniusz, czy szarlatan?
Czy Cichopek jest aktorką?
Historia kaprala Kozłowskiego
 

Piosenka dla głuchej i ślepej Europy

Konkurs Piosenki Eurowizja. Pamiętam dawne lata, jak z wypiekami na twarzy, całą rodziną siedzieliśmy przed telewizorem i słuchaliśmy tego, co w radio pojawiało się rzadko. Polacy są muzykalni, co pokazują w coraz liczniejszych talentshowach. A jednak na Światowej scenie...

Przed nami po raz kolejny cyrk (tutaj „cyrk” w znaczeniu jak najbardziej pejoratywnym), nazywany Konkursem Piosenki Eurowizji. Wiele, wiele lat temu był to jeden z trzech wielkich festiwali piosenki. Odpowiednikiem Eurowizji - konkursu organizowanego przez kraje kapitalistyczne, była Interwizja - organizowana przez kraje socjalistyczne, poza nimi było w Europie kilka festiwali krajowych w których startowali artyści międzynarodowi i tu lokalny patriotyzm podpowiada mi, że do największych należał (należał, bo już nie ma, a szkoda) Międzynarodowy Festiwal Piosenki w Sopocie. Interwizja padła wraz z blokiem komunistycznym i zimną wojenką, zaś Sopot dobił wolny rynek oraz amatorszczyzna realizatorów i wykonawców.

Eurowizja dysponuje pokaźnymi funduszami, zwłaszcza, że kolejny konkurs jest organizowany w kraju, jaki był reprezentowany przez zwycięzcę poprzedniego konkursu. Tak więc kraje - gospodarze stają na głowach, by zorganizować show, jakie będzie pamiętane przez lata. I jest pamiętane, ale nie show, tylko występy pojedynczych wykonawców i to niekoniecznie zwycięzców, i to niekoniecznie dlatego, że byli dobrzy. Z ostatnich lat pamiętam zespół dziwacznie przebranych niby Wikingów, wokalistkę, która nieco wcześniej była mężczyzną, oraz niezwykle żywiołową i dynamiczną Ukrainkę. Pamiętam także blamaże polskich wykonawców. Piasek, Ich Troje (drugim razem), Blue Cafe. Porażkę Piaska rozumiem, „Kaine Grenzen” choć wpisywało się w dziwaczną stylistykę Eurowizji, to jednak nie znalazło uznania widzów, choć i tak zrobiło siódme miejsce, co jest drugim po drugim miejscu Górniak osiągnięciem Polaków, zaś niezła piosenka Blue Cafe poległa, bo była z innej bajki.
No właśnie, stylistyka Eurowizji. Odkąd pamiętam (czterdzieści lat z małym hakiem) nigdy nie był to konkurs piosenki ambitnej. Jednak przez wiele lat wygrywały piosenki melodyjne, które później często brylowały w audycjach radiowych i na listach przebojów - takie kawałki jak "Nel Blue Dipinto di Blu" znany bardziej jako "Volare", "Waterloo", czy "Save Your Kisses For Me" i wykonawcy Domenico Modugno, ABBA, czy Brotherhood of Man, przez długie miesiące i lata cieszyły uszy.

Czy ktoś potrafi wymienić piosenkę, czy wykonawcę wylansowanego przez Eurowizję w ciągu ostatnich dziesięciu lat? Pamiętliwi mogą wymienić co najwyżej jakiegoś uczestnika, ale nie wylansowaną gwiazdę.

Problemem, nie dostrzeganym oczywiście przez organizatorów, jest dominujący w Konkursie Piosenki Eurowizji dziwaczny poziom, a raczej brak poziomu i schlebianie gustom niskich lotów. Ponadto w głosowaniu obowiązuje cichy zwyczaj głosowania na kraje sąsiednie i zaprzyjaźnione. Wypacza to obraz jakości utworów i sprawia, że premiowana jest szmira, a nieliczne piosenki o jakiejś wartości przepadają. Problemem jest także poziom realizacji i prowadzenia konkursu. Tanie dowcipy prowadzących, na dodatek kiepsko tłumaczone, często nie najlepiej dobrane filmy - clipy prezentujące kraj wykonawcy, uprzejmości nawet tam, gdzie się absolutnie nie należą. Fałsz, obłuda i sztuczność.

W to wszystko próbują się jakoś wpisać organizatorzy Polskich eliminacji na reprezentanta Polski w Konkursie Eurowizji. Od lat mamy problem z wyborem wykonawcy - czy ma to być wokalista, czy pajac. Postawienie na wokalistkę dało nam drugie miejsce, a na pajaca raz siódme, a drugim razem totalną klapę. W ostatnich latach też mieliśmy wokalistkę (może przez małe "w", ale jednak) Nataszę Urbańską i pajaca, choć nieźle śpiewającego Isis Gee.
Jestem zwolennikiem przede wszystkim jakości, a na to składa się nie tylko wokal i wygląd, ale także ruch sceniczny i charyzma estradowa, poza tym jest jeszcze potrzebny pomysł na show. Nie obejdzie się też bez właściwej reklamy w innych krajach, a to oznacza doskonale zrobione teledyski. To co widziałem… . Niestety nawet dobry pomysł dobrze wykonany, niekoniecznie zapewnia sukces, z powodów o jakich wyżej.

Na co możemy liczyć w tym roku? Kim są uczestnicy konkursu "Piosenka dla Europy 2010"? Muzyka nie jest moim hobby i może dlatego o większości z nich nic nie słyszałem. Oglądając konkursowe teledyski stwierdzam, że moja kultura nie ucierpiała na nieznajomości tych wykonawców, natomiast ucierpi moja wrażliwość jeśli będę tych „produkcji” słuchał. Moja wrażliwość też bardzo ucierpi, jeśli będę oglądał konkurs Eurowizji.

Od lat konkurs Eurowizji jest kontrowersyjną imprezą dla towarzystw (państw) wzajemnej adoracji. Od wielu lat nie wylansował prawdziwego przeboju i rzeczywistej gwiazdy. W ostatnich latach dwie polskie reprezentantki miały szansę - wspomniane wyżej Urbańska i Isis Gee. Urbańska przepadła w eliminacjach krajowych. Jak wypadłaby w konkursie - nie mam pojęcia. Jej wykonanie doskonale wpisywało się w stylistykę tego jarmarku. A czy Isis Gee mała jakieś szanse? Miałaby i to spore, bo wykonanie było znakomite, gdyby po pierwsze, Polska nie uznała niepodległości Kosowa, po drugie uznała niepodległość Kosowa, po trzecie z nienaturalnego wyglądu i zachowania wokalistka zrobiła atut, po czwarte sporo zainwestowała w reklamę i promocję, a po piąte wysłano by ją do Belgradu jako Polkę, a nie Amerykankę, oczywiście jeśli Polska nie uzna Kosowa, bo jak uzna to i tak nic nie pomoże. I tak oto polityka wkradła się do „rozrywki” i przenika ją dogłębnie.

Osobny problem, to prowadzący program i to zarówno w sali koncertu finałowego, jak i w studio w Warszawie. Finały prowadzą zwykle jakieś osobowości w danym państwie. Jednak jest problem z dobrym i szybkim tłumaczeniem, a ponadto przesłodzone uprzejmościami dialogi rażą fałszem i sztucznością. W ostatnich latach finał ze studia w Warszawie prowadził dziennikarz muzyczny Artur Orzech. I może byłoby dobrze – jest przystojniejszy od kulturysty-anorektyka, lansowanego na siłę Brzózki (ale Brzózka w ostatnich latach nieźle się wyrobił), niewątpliwie inteligentny i mający dużą wiedzę muzyczną, ale nie potrafiący się należycie sprzedać, oraz sprawnie i na bieżąco tłumaczyć dialogów konferansjerów, oraz wejść jurorów z poszczególnych krajów. Telewizyjne programy (i koncerty) prowadzone przez Orzecha rażą sztucznością, nieporadnością i brakiem pomysłu na wizerunek, nawet w „Pytaniu na śniadanie” biedak strasznie się męczy. Któregoś roku, przy okazji Eurowizji, Brzózka coś tam komentował - bodaj finał krajowy, ale Brzózka, to kiepska kopia-krzyżówka Kammela i Ibisza, osobowość nie ta, wiedza mizerna, wygląd… ech, a i z mową improwizowaną też byle jak. Słowo jeszcze o towarzyszce Brzózki, bodajże Sowińska. Nie znam jej, ale orzeł to ona też nie była. Na początku jakiś dziwny akcent, kłopot z synchronizacją z Brzózką. Ładna buzia i nic więcej, żadnego błysku. Poziom krajowy - dostosowuje się do Europejskiego.
Przydałby się Kydryński, Lucjan oczywiście. I Irena Dziedzic.

Milczeniem pominę występy innych uczestników polskich eliminacji. Nie są to postacie znane szerokiej widowni i jeśli będą dalej zapatrzeni na poziom dominujących na polskim rynku gwiazd w postaci Dody, Toli Szlagowskiej, Frytki, Gosi Andrzejewicz (Najlepszy Debiut i Najlepsza Polska Wokalistka z przed kilku lat!?”), to karierę zrobią, ale na „Pudelku”.
Nie wystarczy mieć szkolony głos (pół operowa Iza Kopeć), czy też w miarę ładną buzię (Queens), śpiewanie w niby angielskim to też mało. Potrzebna jest osobowość sceniczna, pomysł na wykonanie, pomysł na siebie, a przede wszystkim dobry tekst i dobra muzyka. Przydaje się także dobry głos, ale nie jest on najważniejszy.
Mamy przykłady Artystów, nie będącymi wzorami urody, ani doskonałych wokalnie, a jednak ich wykonania przeszły do historii kultury – Jan Kaczmarek („Kurna chata”), Jonasz Kofta („Pamiętajcie o ogrodach”), Jan Pietrzak („Czy te oczy mogą kłamać?”), Jerzy Stuhr („Śpiewać każdy może”!). W „Jaka to melodia” zaśpiewała Maria Koterbska. Jeśli śpiewała z playbacku to perfekcyjnie, jeśli na żywo to pozazdrościć tylko głosu i kondycji wokalnej.
Pani Mario – POZDRAWIAM – czy z playbacku, czy na żywo i tak jest Pani wyrzutem sumienia dla dzisiejszych „gwiazd”.

I to by było na tyle.
Nie chce mi się więcej gadać.


P.S.
Tegoroczny reprezentant ponoć jest dobrym i aktorem i wokalistą. Kawałek głosu ma, piosenka też nie najgorsza - przynajmniej ma wpadający w ucho szlagwort. Ale i tak przepadł. Pierwszy półfinał był zabawny - najśmieszniejsi byli chyba Finowie śpiewający w Cygańskich rytmach.

(pi)
Wtorek
25 maj 2010



Minął rok. Sytuacja się powtórzyła. Warto zastanowić się, czy kandydaci są tak słabi, czy też Polaków nie lubią w Europie - jeśli tak, to dlaczego.
Patrząc na innych wykonawców należałoby sądzić, że raczej Polaków nie lubią. I to jest smutne...

I jeszcze jedna refleksja na koniec. Zasadą głosowania jest, że kraje nie głosują na swojego wykonawcę. Ale emigracja głosować może. Polska emigracja jest przecież liczna i rozsiana po całej Europie / Świecie. Na kogo głosowali Polacy w Anglii, Irlandii, Niemczech, USA (Internet!)?
Przy tej liczebności Polonii, gdyby zagłosowali na swoją rodaczkę, to nawet gdyby kompletnie położyła występ to i tak przeszłaby eliminacje. Czy Polacy wstydzą się swojej polskości - nawet gdy występują anonimowo? A może żal im kilku centów na SMSa?
I to jest jeszcze smutniejsze...

Środa
11 maj 2011



Minął kolejny rok. Tym razem nie da się przepisać recenzji z poprzedniego roku zmieniając nazwiska. W bieżącym roku Polska nie wystawi swego kandydata, ponieważ „obsługa tak wielkiej imprezy jaką są mistrzostwa Europy w piłce nożnej pochłoną całkowicie siły i środki” (cytat z pamięci).

Może to i dobrze - wygospodarowane pieniądze z abonamentu będzie można przeznaczyć na premie za Euro 2012 - tylko jaki pretekst wymyślą za rok?

Ktoś zorganizował konkurs na najlepszy występ na Eurowizji. Najlepszy występ - to nie to samo co najlepsza piosenka. Trudno porównywać dzisiejsze wieloosobowe, kolorowe show, z występami solisty w garniturze, czy zespołu w towarzystwie fortepianu.
Jednak w tym zestawieniu E. Górniak zajęła miejsce 6, A.M. Jopek 20, M. Tul 130.

Występ Edyty Górniak też należał do minimalistycznych, poza tym w czołówce znalazły się głownie występy z ostatnich lat.
Jaki stąd wniosek?
Ano taki, że glosowały pampersy, które nie mają pojęcia nie tylko o historii Konkursu, ale także kiepsko wyedukowani w zakresie sztuki estradowej. Troszkę kolorów, łatwy szlagwort i już się cieszą - ot takie Disco Polo. Pociesza tylko wysoka pozycja Górniak, bo ta piosenka jest rzeczywiście świetna.

I jeszcze uwaga o panu Brzózce. Moja ocena jego pracy była krytyczna. Na szczęście błędna. Radosław Brzózka jeszcze bardziej się wyrobił i dziś należy do czołówki prezenterów. Ze zdumieniem obserwowałem jak z wieczora na wieczór w programie „Przebojowa Noc” rozwijał się. Życzę mu, by szedł śladami Kammela i jak najdalej od Ibisza.

Poniedziałek
16 stycznia 2012


 
 


Zobacz też:

 Występy polaków na Eurowizji
Od wielu lat Polska nie odnosi sukcesów w piosenkarskim konkursie Eurowizji. Czy słusznie? Czy rzeczywiście polscy reprezentanci „położyli” swoje występy, a ich propozycje były gorsze niż konkurencji? Oto mały przegląd udziału Polaków wraz z zajętymi miejscami.


Wszystkie artykuły w dziale:
Trochę kultury
Trochę kultury

 
 
Copyright © 2008-2017 RGB plus