Czwartek, 17 sierpnia 2017 r.

» Bez polityki
» Inna historia
» Religia
» Biblia na co dzień
» Oni są inni
» Nasze zdrowie
» Wokół domu
» Domowe ZOO
» On, Ona, Ono, Oni
» Magazyn
» Trochę kultury
» Oblicza sportu
» Warto zobaczyć





    Polecamy:

» Żelazkowcy
» Magiczna krew
» F1 Historia zmagań
» Koniec Świata
» Bóg i Ty
» Dawcy organów
» Fakty i spekulacje
» Zapłać abonament
» Bezpieczny seks
» Wiara w pytaniach

 
Bez polityki
Bez polityki

«
Nowe oszustwa SMSowe
Sumienie
Santo Subito
Konkordat
Zło. Dlaczego?
Efekt cieplarniany
 

Wielka woda obnaża wielką głupotę

Kilka dni deszczu może zrujnować gospodarkę kraju i życie tysięcy powodzian. Może też zrujnować kariery polityczne jednych, ale innych wynieść na szczyt…

Powódź. Z dzieciństwa pamiętam dwa zagrożenia – powódź i burze. Burza, a właściwie uderzenie pioruna, w tamtych czasach było przekleństwem. Chałupka, w której moja mama jeszcze w kołysce była, spaliła się od jednego z takich wyładowań. O powodziach nasłuchałem się w opowieściach dziadka. Gospodarstwo dziadka było położone w dołku – kilkaset metrów dalej płynęła rzeczka. Kilkunastometrowej szerokości, płytka - z rzadka tylko powyżej kolan. Ale gdy zebrała wodę z okolicznych łąk, stawała się niebezpieczną rzeką. Za mojej pamięci byłą już uregulowana wysokim wałem i przegrodzona przepustem, więc wylew nie groził, a dzieciaki miały trochę głębszej wody do kąpieli. Zresztą nie trzeba było powodzi – po większym deszczu łąka przyległa do chałupiny stawała pod wodą.

Dziadek nie żyje od ponad czterdziestu lat. W ciągu tego czasu mieliśmy w Polsce dziesiątki lokalnych powodzi i kilka o ogromnym zasięgu. Czy to znaczy, że Polaków nie stać na rozwiązanie problemów z regulacją rzek?

Każdego roku są przeznaczane miliardy złotych na prace związane z gospodarką wodną. I co? I nic! Jak było tak jest. Tegoroczna powódź obnażyła błędy popełniane na różnych szczeblach decyzyjnych i błędne rozwiązania techniczne.

Miliardy wydawane na budowę i umacnianie wałów przeciwpowodziowych okazały się wyrzuconymi dosłownie w błoto. I znów Polak pozostaje w zaścianku Europu i Świata.

Ewakuowani na amfibii. Foto z zasobów KPRM

Świat dawno już zrozumiał, że zamiast walczyć z wodą lepiej jest pozwolić jej „wyszumieć” się. Zamiast wtłaczać ją w sztucznie tworzone koryta, lepiej jest pozwolić, by w sposób kontrolowany rozlała się tam, gdzie wyrządzi najmniej szkód. Każda rzeka ma swoje ulubione miejsca w których lubi się rozlewać. Lepiej jest pozwolić jej na wylanie, niż kosztem ogromnego wysiłku i ludzkich dramatów działać wbrew jej żywiołowi. Takie tereny zalewowe nie muszą być niezagospodarowanymi ugorami. Tam nawet mogą mieszkać ludzie. Przecież powodzie nie zdarzają się corocznie, chociaż w związku ze zmianami klimatycznymi, można przypuszczać, że będą coraz częstsze.

Wystarczy by tereny rozlewisk były przeznaczone na łąki i pastwiska. Wtedy, nawet zalanie wodą nie spowoduje dużych strat, bo woda po kilku - kilkunastu dniach ustąpi, grunty obeschną i trawa będzie dalej rosła. Na tych terenach mogą być hodowane zwierzęta, albo pozyskane siano sprzedawane / wymieniane na inne płody rolne, których nie produkowano by na terenach zagrożonych.

Budynki wystarczyłoby budować na palach. Koszt takiego budynku tak naprawdę - wbrew pozorom - nie jest dużo wyższy – pozostają przecież wszystkie elementy tradycyjnego, a dochodzą tylko dodatkowe słupy. Przestrzeń pod takim budynkiem może być wykorzystana, jako miejsce postojowe dla maszyn, na przestrzeń gospodarczą tzw. letnie kuchnie, w których przygotowuje się posiłki i pasze dla zwierząt i w których tak naprawdę toczy się życie. Zalanie maszyn typu kosiarka rotacyjna, albo przetrząsarka nie jest szkodą, bo to tylko metal – po wyschnięciu i przesmarowaniu odzyskują wartość. Zniszczenie wyposażenia letniej kuchni też nie będzie dużą stratą. Ale straty można zmniejszyć wciągając wyposażenie na piętro. Na podobnej zasadzie mogą powstawać budynki gospodarcze – na piętrze zapas paszy i miejsce do ewakuacji zwierząt, na dole miejsce dla zwierząt na czas bezdeszczowy. Jak ewakuować zwierzęta? Wciągarką. Taka o udźwigu 2 ton to koszt zaledwie od kilkuset do półtora tysiąca złotych. A zasilenie? Z siłowni wiatrowej. Mała siłownia montowana na dachu to koszt do przełknięcia – wszak budowa linii zasilającej, to też ogromne pieniądze. Ewakuować na piętro można kilka – kilkanaście krów, ale kilkadziesiąt to już pewien problem. Ale można wykorzystać barki, lub kadłuby mniejszych statków przeholowane w rejon potencjalnej powodzi, a podczas powodzi przemieszczone w rejon najbardziej potrzebny i tam zacumowane na stałe. Choć może lepiej, by takie tereny były traktowane jako produkujące siano, lub inne produkty rolnicze, które nie boją się wody.
Takie tereny byłyby też atrakcyjne turystycznie – tutaj pole do popisu byłoby ogromne.

Nawet wielka woda nie musi być straszna. Foto Internet

Takie rozwiązanie wymaga przede wszystkim zmiany w sposobie myślenia i to zarówno rządzących, jak i rolników. Od strony konstrukcyjnej nie ma żadnych problemów – wystarczy adaptować projekt obiektu przemysłowego (budowanego zwykle właśnie w technologii szkieletowej i przystosowanego do dużych obciążeń) do potrzeb mieszkalnych, a więc w praktyce do zmiany elewacji na estetykę mieszkalną, a nie przemysłową. Nastąpiłby także rozwój rynku pracy i technologii budowlanych – ot choćby potrzebne byłyby tanie windy budowane na bazie wciągarek. Przy każdym gospodarstwie powinna powstać przydomowa oczyszczalnia ścieków, dzięki czemu zalanie oczyszczalni nie będzie skutkowało skażeniem środowiska itd.

Osiedle na wodzie. Foto Internet

Takie inwestycje mogą być rozciągnięte w czasie i realizowane w miarę napływających środków. A fundusze mogłyby znaleźć się nie tylko w budżecie przeznaczonym na regulacje rzek, nie tylko ze środków Unijnych, ale powinny dofinansować towarzystwa ubezpieczeniowe, które generują olbrzymie zyski, a które dzięki takim rozwiązaniom przestałyby wypłacać odszkodowania.
Można też przesunąć środki z celów nierentownych – np. inwestowanie w piłkę nożną, czy zmniejszyć finansowanie polityki i partii politycznych. Można by się zastanowić, co wyjdzie taniej np. w cyklu dwudziestoletnim – budowa wałów przeciwpowodziowych, naprawianie ich i wypłacanie odszkodowań, czy też zainwestowanie w zmiany w sposobie użytkowania terenów zalewowych i stawianie budynków odpornych na powódź?

Dom może być także pływający - nieco futurystyczna i ekstrawagancka wizja, ale
jakże praktyczna. Foto Internet

Nie wymyślam rzeczy nowych. W krajach bardziej rozwiniętych już dawno dostrzeżono, że z wodą się nie wygra i taniej wychodzi pozwolić rzecze wylać się w sposób kontrolowany, niż w nieskończoność naprawiać corocznie niszczone wały.
A i budownictwo na palach ma swoje dobre tradycje w tych krajach, gdzie z wodą żyje się w symbiozie i nie walczy się z nią.

Jest tylko jeden problem. Kto z polityków odważy się na taką rewolucję?

(pi)
Poniedziałek
24 maj 2010


 
 



Wszystkie artykuły w dziale:
Bez polityki
Bez polityki

 
 
Copyright © 2008-2017 RGB plus