Poniedziałek, 21 sierpnia 2017 r.

» Bez polityki
» Inna historia
» Religia
» Biblia na co dzień
» Oni są inni
» Nasze zdrowie
» Wokół domu
» Domowe ZOO
» On, Ona, Ono, Oni
» Magazyn
» Trochę kultury
» Oblicza sportu
» Warto zobaczyć





    Polecamy:

» Żelazkowcy
» Magiczna krew
» F1 Historia zmagań
» Koniec Świata
» Bóg i Ty
» Dawcy organów
» Fakty i spekulacje
» Zapłać abonament
» Bezpieczny seks
» Wiara w pytaniach

 
Trochę kultury
Trochę kultury

«
Syndrom CSI
Świąteczno - filmowe reminiscencje
Refleksje nad Nergalem
Urbańska - geniusz, czy szarlatan?
Czy Cichopek jest aktorką?
Historia kaprala Kozłowskiego
 

Historia kaprala Kozłowskiego

Są tacy aktorzy, którzy pojawiając się na scenie, czy ekranie wypełniają sobą, przykuwają uwagę, zostają zapamiętani, ale nie przytłaczają, nie zastępują postaci pierwszoplanowych. O niektórych mówi się, że są wybitni. Inni są za skromni, by o nich mówić…

Pojawił się dość nagle jako całkiem dorosły mężczyzna. Zadebiutował w roku …. – jego biografowie podają trzy daty debiutów – 1980 w filmie „Królowa Bona” rolą dworzanina, w 1981 w teatrze Jaracza w Łodzi w sztuce „Pastorałka” rolą Pastuszka i 17 grudnia 1983 w teatrze Studyjnym w Łodzi w „Balu Manekinów”. I pewnie każdy z owych biografów ma trochę racji. W „Królowej Bonie” był naturszczykiem, w „Pastorałce” ledwie zaczął studia, zaś 83 rok to już prawie wykształcony aktor. Dajmy jednak spokój biografom, a nie, jeszcze jedna kontrowersja – miejsce urodzenia. Maciej Kozłowski urodził się w Kargowej niedaleko Zielonej Góry, lecz młodość spędził w Zgierzu (miasto powiatowe przyległe do północnych granic Łodzi). W Zgierzu dorósł, chodził do szkół, niektóre nawet skończył i odbył służbę wojskową, co akurat w jego przypadku nie było bez znaczenia. Tutaj także pobierał nauki poza programem szkolnym – ocierając się o środowisko kryminogenne, co również nie było bez znaczenia dla jego dalszych losów. Z kronikarskiego obowiązku dodajmy jeszcze epizod piłkarski w III-cio ligowej Borucie Zgierz, co też było jednym z ważniejszych momentów jego życia. (Zobacz wywiad dla Vivy)

W Krollu. W tym filmie był sobą, taki jak na swojej macierzystej II kompanii

Ostatnio mało go widać w filmie, toteż na wszelki wypadek podkreślę – chodzi o aktora, Macieja Kozłowskiego, znanego z wielu ról twardzieli i gangsterów. To chyba najbardziej znany dyżurny twardziel (Bogusław Linda jest twardzielem etatowym). Każda jego rola – nawet niewielki epizod zapada w pamięci. Właściwie nie kojarzę go z ról pierwszoplanowych, ale jak spojrzałem w  filmografię , to złapałem się za głowę – tyle tego. Filmy oglądam w telewizji, lecz nie wszystkie były wyświetlane. Przypomnijmy jednak kilka ról filmowych, które najbardziej zapadły w pamięci – Kingsize – krasnoludek Waź, Kroll – kapitan, dowódca Krolla, Psy – Barański, Ogniem i mieczem Krzywonos, dowódca kozacki, Wiedźmin – Falvick, Stara Baśń – Smerda, dowódca wojsk Popiela; oraz kilka seriali – Pogranicze w ogniu, Matki, żony i kochanki, Dom, 13 posterunek, Oficer, M - jak miłość…

Na ekranie pierwszy raz zobaczyłem go w „King Size”. Znajomy, który w tym filmie robił małą rolę kaskaderską (alpinistyczny zjazd na linie w Szuflandii) powiedział mi, że jest aktorem i zagrał w tym filmie. Właściwie to nie zdziwiłem się.

W Ogniem i mieczem. Scena w której kołyszącym krokiem idzie na czele armii kozaków,
z szablą na ramieniu i fajką w zębach weszła do trailera filmu.

Macieja Kozłowskiego poznałem dokładnie 09 stycznia 1980 roku – w godzinach popołudniowych. Dlaczego tak dokładnie pamiętam? Bo to dzień mojego wcielenia do odbycia służby wojskowej. Maciej Kozłowski był kapralem w kompanii unitarnej – dowódcą drużyny – niestety nie mojej. Niestety, bo było wesoło – kilku z kaprali zostało ukaranych za znęcanie się nad rekrutami. Kapral Kozłowski należał do wymagających podoficerów, ale to, co go odróżniało od innych, to to, ze był sprawiedliwy, nie wymagał rzeczy nierozsądnych, a przede wszystkim sam potrafił wykonać to, czego żądał od szeregowców. Jego krok defiladowy był wzorcem dla wszystkich rekrutów i mógł się równać jedynie z marszem Szefa Sztabu. Ale nie tylko krok marszowy go wyróżniał. Dla nas, rekrutów, wydawał się Wielkim Szefem – wysoki, szczupły, wyprostowany. Mundur leżał na nim jak na manekinie na wystawie, a filuternie przekrzywiona czapka nadawała mu wygląd kpiarza - coś między Robin Hoodem, a Szwejkiem. A i dowódca kompanii powierzał mu zadania, świadczące o tym, że liczył się z jego umiejętnościami dowódczymi.

W 39 i pół. Jedna z ostatnich produkcji. Choć na twarzy widać ślady choroby,
to do samego końca zachował właściwy sobie dystans do siebie i specyficzny humor.

Próbowaliśmy go kopiować, ale marnie się to kończyło.
Później, gdy już trafiliśmy do kompanii macierzystych, kapral Kozłowski dalej dawał nam w kość, ale jakoś do niego rzadko mieliśmy pretensje. Zajęcia z nim zawsze były okraszone humorem. Facet wyróżniał się inteligencją, a w tej jednostce inteligencja nie była powszechna – nawet wśród kadry dowódczej. Nie był pokornym podwładnym. Potrafił odpyskować także dowódcy kompanii. Nie raz był ukarany. Zdarzyło mi się przynosić mu posiłek do celi aresztu, gdy odsiadywał kolejne „samowolne oddalenie się”.

Jeszcze w mundurze stawił się na egzamin w łódzkiej filmówce. Spóźniony o kilka godzin, bo nie mógł wyjść z jednostki. To była taka gra z Oficerem Dyżurnym. Jak chciał komuś zrobić na złość, to wychodzącemu na przepustkę żołnierzowi sprawdzał wyposażenie – nie tylko mundur i jego czystość, ale także chusteczki do nosa, grzebień, lusterko, czy koszula na plecach jest wyprasowana, czy wewnętrzna strona pasa służbowego jest wypastowana, uczesanie grzywy Orła na czapce i parę tysięcy innych rzeczy.

W M jak miłość. Choć na ekranie umierał wiele razy, to śmierć w tym serialu miała
specyficzne znaczenie...

Na szczęście Maciek przebłagał komisję, został dopuszczony do egzaminu i do studiów.


………………………….

Życie nie pieściło go, ale dzięki temu stał się bardziej wrażliwym na potrzeby innych. Poza sceną działał na rzecz bezdomnych i przeciwko handlarzom ludzi. Zaangażował się też w kampanię „Krewniacy” - akcję honorowego krwiodawstwa, podjętą po wypadku Radosława Pazury.
Być może właśnie to go zabiło - śmiertelna choroba, która przerwała jego życie to jedna ze zjadliwych odmian WZW. Niektórzy twierdzą, że został zarażony właśnie podczas oddawania krwi, inni, że badanie tylko ujawniło chorobę...

Zagrał w wielu filmach, spektaklach teatralnych. Zwykle role drugoplanowe, a nawet małe epizody. Zawsze jednak był dostrzegany. Nie, źle mówię. Jego roli nie można było nie zauważyć. Zawsze tworzył coś specyficznego, co przyciągało uwagę.

Gdy oglądam Go w rolach mundurowych, widzę nie aktora, ale Kaprala Kozłowskiego - dokładnie takiego samego jak na II kompanii. Przeszedł długą drogę od kaprala w realu, do generała w rolach filmowych. Mimo upływu lat i łysej głowy nie zmienił się - zawsze kpiący, z dystansem - Szwejk do samego końca. Służba wojskowa odcisnęła swoje piętno, ale wzbogaciła go o doświadczenie, jakiego nie nabyłby w żadnej szkole.

To moje wspomnienie o wybitnym aktorze – dla mnie kapralu Kozłowskim.
Twardziel znalazł swojego pogromcę. Przegrał z chorobą. A miał jeszcze tyle ról do zagrania…

(pi)
Wtorek
11 maj 2010

Wszystkie zdjęcia z zasobów FilmPolski


 
 


Zobacz też:

 Na ratunek! Sobie i innym
Wypadek. Potrzebna pomoc. Natychmiast. Wiadomo, że należy zatamować krew, zastosować sztuczne oddychanie, masaż serca. Ale co dalej? Kogo powiadomić? Na co choruje ranny, na jakie leki jest uczulony? Liczą się sekundy... A co, gdy zdarzy się ostateczne?


Wszystkie artykuły w dziale:
Trochę kultury
Trochę kultury

 
 
Copyright © 2008-2017 RGB plus